Dlaczego wolę pracę indywidualną od grupowej?
- margaretq908

- 29 maj 2017
- 5 minut(y) czytania

Mimo, że moje doświadczenie pracy zarobkowej nie jest duże (obejmuje głównie staże oraz półroczne epizody w różnych zakładach), zdążyłam przez ten czas poznać siebie na tyle, by dojść do wniosku, jaki rodzaj pracy najbardziej mi odpowiada (nie będę oryginalna jeśli powiem, że jest to oczywiście praca zgodna z moimi predyspozycjami). Oprócz tego utwierdziłam się w przekonaniu, że zdecydowanie bardziej odpowiada mi praca indywidualna niż grupowa.
Co więc takiego ma w sobie praca indywidualna, a czego brak, gdy pracuje się w gromadzie ludzi?
Powszechnie wiadomo, że praca indywidualna sprzyja twórczemu myśleniu, z czym zgodzą się przede wszystkim osoby o "artystycznych" inklinacjach, choć nie tylko. Ponadto, będąc sam na sam ze sobą dociera do ciebie mniej bodźców, (żadnych niepotrzebnych szumów, gadania nad uchem, bluzgów, itp.) więc łatwiej skupić się na obowiązkach, jakie masz do wypełnienia.
Pracując zdalnie w domu, nie czujesz się jak na cenzurowanym; żadnych niepotrzebnych uwag, poganiana ze strony szefostwa czy zespołu. Można się całkowicie wyluzować. Nie masz problemu z tym, że np. najdzie Cię ochota, żeby zerknąć na portal społecznościowy, albo sprawdzić prywatną pocztę. Sam/a decydujesz o tym, kiedy robisz przerwy na jedzenie i na jak długo. I tu znów odpada presja czasu, kiedy to musisz co chwila zerkać na zegarek, żeby wrócić z przerwy do biura czy na halę. Chociaż nie miałam problemów z trzymaniem się wyznaczonego limitu przerw, teraz, kiedy wykonuję zlecenia u siebie w domu, czuję się dużo bardziej komfortowo.
Teraz kwestia czasu na dojazdy: tu praca zdalna ma niewątpliwie przewagę nad stacjonarną, a możliwość wykonywania swoich obowiązków w domu pozwala zaoszczędzić na czasie: po prostu wstajesz rano, ubierasz się i zasiadasz do biurka. Chociaż sama nie mam problemu z tym, żeby wstawać rano na bus, stawiać się na konkretną godzinę do biura, czy na halę produkcyjną, to jednak lubię sobie sama wyznaczyć czas pracy, niezależny od wstawania np. na 8-mą i czekania na drogę powrotną, chociaż lubię sobie w tak zwanym międzyczasie pochodzić po mieście (zwłaszcza w ciepłą pogodę).
Nie mniej ważne oczywiście są koszta dojazdu — pracując indywidualnie, w domowym zaciszu, zaoszczędza się na biletach miesięcznych które wcale tanie nie są, zwłaszcza biorąc pod uwagę że jak dotąd, moje wypłaty nie wychodziły poza najniższą średnią. Czym dalej, tym coraz droższe — jeszcze 3, 4 lata temu płaciłam za bilet normalny 170 zł, w zeszłym roku było to już 187, a 17 zł to już dość wyraźna różnica.
Dlaczego z kolei nie mam tak pozytywnych wrażeń, jeśli chodzi o pracę z ludźmi i wśród ludzi? Wiele rzeczy się na to składa, i wbrew pozorom, nie myślę w ten sposób, że tylko praca indywidualna sprzyja skupieniu i kreatywności, albo, że tylko będąc samemu, czy w nielicznym towarzystwie, można się wyluzować.
Przede wszystkim chodzi o to, że nie lubię musieć przebywać w tej samej grupie wiele godzin dziennie. Było tak już za czasów szkolnych i nie przeszło mi nawet wtedy, kiedy skończyłam studia :).
Mam też mieszane uczucia, jeśli chodzi o tzw. zawieranie znajomości w miejscu pracy. O co dokładnie chodzi?
Przyznam, że rozmowy zapoznawcze w nowym miejscu i pytania typu "Skąd jesteś?", "Gdzie wcześniej pracowałaś?", "Jakie masz wykształcenie?", albo nieśmiertelne "Dlaczego nie pracujesz w zawodzie, skoro znasz angielski?", stawiają mnie w dość kłopotliwej sytuacji. Bynajmniej nie dlatego, że chcę otoczyć się nimbem tajemnicy, czy nie mam ochoty z kimkolwiek rozmawiać w tzw. "międzyczasie" wykonywania bieżących czynności.
Jasne, że stykając się codziennie z kilkudziesięcioma obliczami ludzkimi dziennie, teoretycznie można poznać nowych znajomych. Tylko, z drugiej strony, co mi po takich nowych znajomościach, skoro najdalej za rok mogą się skończyć? Oczywiście, mamy Facebook, są telefony, itp., i teoretycznie możemy pozostawać w kontakcie, ale prawda jest taka, że wspólne tematy często kończą się wraz z chwilą kiedy jedna z osób zmienia pracę. Nie mówiąc o bieżących obowiązkach domowych, lub rodzinnych które dodatkowo utrudniają znalezienie czasu na spotkania.
Poza tym, nie znając nowego otoczenia, nie ma się pewności co do prawdziwych intencji twojego rozmówcy, więc trzeba uważać na to, co i jak się odpowiada. Ktoś może wydać ci się sympatyczny, ale jeśli np. powiesz o sobie "za dużo", chętnie obgada cię za plecami, kiedy tylko usuniesz mu się z pola widzenia. W dużych zakładach o które się otarłam, patrzenie innym na ręce, obrabianie czterech liter koleżeństwu i kierownictwu było na porządku dziennym, nie mówiąc o, hmm... niezbyt wysokim poziomie kultury osobistej i takim samym słowniku (bardzo oględnie rzecz ujmując). Pół biedy jeszcze, kiedy sam/a nie przebierasz w słowach i nie masz żadnego problemu z tym, że ktoś powie ci, że "jesteś poje...", albo, że coś "spier...". (Chociaż wydaje mi się, że nawet największy prymityw woli, kiedy odnoszą się do niego z szacunkiem niż bez, ale może zdarzają się i tacy masochiści). Gorzej, jeśli wywodzisz się z domu w którym przeklina się tylko w ostateczności, więc zwyczajnie nie jesteś przyzwyczajony/a do ciągłego bluzgania.
Sama np., będąc na produkcji przez pół roku, przerwy obiadowe wolałam spędzać z książką albo po prostu pobyć trochę w ciszy niż na siłę gadać z obcymi babami od których dzielą cię lata świetlne pod względem rozwoju intelektualnego. Nie żebym uważała się za jakiegoś Einsteina w spódnicy, czy chciała tylko rozprawiać o sensie życia, ale szukanie na siłę wspólnego języka z kimś tylko dlatego, że zasuwacie na tej samej linii, czy po to, żeby jakoś "zabić" czas do końca przerwy, mija się z celem. Oczywiście znalazło się kilka osób z którymi nieźle mi się gadało, ale były to wyjątki potwierdzające regułę, jakiego typu ludzi można poznać idąc do roboty fizycznej. Podejrzewam, że reszta tak samo samo niezręcznie czuła się w mojej obecności, jak ja w ich.
Choć jestem generalnie dość odporna psychicznie, dominująca negatywna energia w pracy, animozje między poszczególnymi działami, albo między pracownikami, ostatecznie źle na mnie działają i powodują, że robię się wycofana. Co oczywiście też nie wychodzi na dobre, jeśli czujesz, że musisz udawać kogoś, kim w głębi duszy tak naprawdę nie jesteś. Zresztą, nad czym tu się "rozwodzić". Toksyczna atmosfera na nikogo dobrze nie działa. Wydaje mi się, że nawet gorzej na osoby z natury bardziej otwarte, komunikatywne, niż ja. Jak to się mówi, "z sercem na dłoni", gdyż jeszcze bardziej angażują się emocjonalnie , a co za tym idzie, są bardziej narażone na to, żeby "spalać się" emocjonalnie w zawodzie.

Wbrew temu co piszę, fakt, że wolę pracę indywidualną od grupowej, niewiele ma wspólnego z moim nastawieniem do ludzi jako takim. Całkiem niewykluczone, że gdyby mi przyszło mieć etat np. w ośrodku kultury, czy robić cokolwiek innego, co wymagałoby jednocześnie kontaktów z ludźmi i wykazywania się swoimi zdolnościami w danej dziedzinie (choćby dziennikarstwo), okazałabym się bardziej otwarta, bardziej towarzyska, bardziej bezpośrednia; jednym słowem, bardziej "ekstrawertyczna" niż zazwyczaj jestem odbierana. A że żyć z czegoś trzeba, a szanse, że załapię się na etat np. w takim domu kultury są w tym momencie żadne (z przyczyn ode mnie całkowicie niezależnych), a jednocześnie nie chcę marnować mojego potencjału, to wolę pracę zdalną. Prawdopodobnie założę swoją działalność i będę musiała sama zatroszczyć się o te wszystkie składki emerytalno-zdrowotne (o ile dożyję do emerytury :)), choć jeszcze 2, 3 lata temu w ogóle nie brałam tej opcji pod uwagę. Ale, skoro rzeczywistość ma się nijak do wizji bezpiecznego i stabilnego etatu którego oczekiwaliśmy po studiach, trzeba szukać alternatywy, żeby jakoś przetrwać.






























Komentarze